26.7.26

Powiedz mi, co czujesz : Łukasz Ronduda znalazł miłość. Jan Sałasiński znalazł kino.

Powiedz mi, co czujesz (Polska, 2026)

Komedia romantyczna dla ludzi, którzy twierdzą, że nie wierzą w miłość.




Zoptymalizowaliśmy już właściwie wszystko. Poza własnym życiem emocjonalnym.

Telefon odblokowuje się, kiedy tylko spojrzymy na ekran.

Aplikacja randkowa potrafi znaleźć "miłość życia" w promieniu trzystu metrów.

Spotify wie, że zaraz będziemy mieć kryzys egzystencjalny, zanim zorientujemy się o tym sami.

A mimo to wciąż nie umiemy odpowiedzieć na najstarsze pytanie świata:

„No dobrze... ale właściwie czym my jesteśmy?”

Na szczęście Powiedz mi, co czujesz też nie próbuje na nie odpowiadać.

Robi coś znacznie ciekawszego.

Przyznaje, że samo pytanie jest nieskończenie bardziej fascynujące niż jakakolwiek odpowiedź.

Agata K. Koschmieder i Łukasz Ronduda napisali piękną historię o dwójce ludzi, którzy spotykają się i od pierwszej chwili czują, że wydarza się między nimi coś prawdziwego.

A potem obserwujemy, jak próbują zrozumieć, czym właściwie jest ta więź i co z niej zostaje, kiedy zauroczenie zderza się z rodziną, przyjaciółmi, traumami, oczekiwaniami, codzienną nudą i całym chaosem zwanym życiem.

Na papierze?

Prawie nic się nie dzieje.

Na ekranie?

Dzieje się wszystko.

To film zbudowany niemal wyłącznie z rzeczy, które Hollywood zazwyczaj wycina podczas montażu: zawahań, spojrzeń, złego timingu, rozmów, które zaczynają się donikąd, a kończą tam, gdzie nagle okazują się najważniejsze.

Nikt nie ratuje świata.

Bohaterowie są zbyt zajęci próbami, żeby przypadkiem źle siebie nie zrozumieć.

A to, umówmy się, i tak jest etat na pełen etat.

Największy cud Powiedz mi, co czujesz polega na tym, że film ani przez chwilę nie próbuje udowodnić swojej autentyczności.

Po prostu jest autentyczny.

Nikt nie mówi tak, jakby właśnie nagrywał cytat, który ma zostać viralem na Instagramie.

Nikt nie wygłasza wykładów TED-a przebranych za dialogi.

Ci bohaterowie zachowują się tak, jakby nawet nie wiedzieli, że występują w filmie.

I dziś brzmi to niemal awangardowo.

Luksus też się zmienił.

Dwadzieścia lat temu luksusem był szampan, Ferrari i apartament z widokiem na Morze Śródziemne.

Dzisiaj luksusem jest spotkać człowieka, który naprawdę pozwala ci dokończyć zdanie.



A potem na ekran wchodzi Jan Sałasiński.

Festiwale filmowe uwielbiają ogłaszać "odkrycie roku".

Najczęściej oznacza to aktora z perfekcyjnymi kośćmi policzkowymi i jeszcze lepszym PR-em.

Tym razem chyba przez przypadek odkryto... po prostu aktora.

Jan Sałasiński ma rzadką dziś cechę.

Nigdy nie wygląda, jakby grał.

On po prostu istnieje.

Oglądanie go przypomina bardziej podsłuchiwanie czyjegoś życia wewnętrznego niż obserwowanie aktorskiego popisu.

Jest zabawny, nie starając się być zabawnym.

Kruchy, nie robiąc z własnej wrażliwości kampanii reklamowej.

Charyzmatyczny, jakby sam kompletnie o tym nie wiedział.

Jest w nim coś niemal nieziemskiego.

Jakby jakiś anioł przesiadający się nad Warszawą przypadkiem spóźnił się na kolejny lot i uznał, że może jednak zostanie tutaj trochę dłużej.

Na szczęście ktoś zamiast biletu powrotnego wręczył mu scenariusz.

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że sprawia, iż szczerość wygląda na coś absolutnie naturalnego.

A w 2026 roku może właśnie to jest najbardziej spektakularny efekt specjalny w kinie.

Patrząc na niego, zacząłem się zastanawiać, gdzie podziali się młodzi ludzie.

Nie młodzi jako grupa docelowa marketingowców.

Młodzi jako sposób bycia.

Tacy, którzy potrafili być romantyczni bez cienia zażenowania.

Ciekawi świata, nie próbując nikomu niczego udowodnić.

Wolni, nie zamieniając wolności w markę osobistą.

Ludzie, którzy nadal wierzyli, że drugi człowiek może być ciekawszy od własnego profilu w internecie.

Może oni wciąż istnieją.

Może są po prostu zbyt zajęci życiem, żeby o nim publikować.

Najbardziej poruszyła mnie jednak nie tęsknota za własną młodością — to byłoby zbyt hojnie oceniać moje dwudzieste lata — lecz tęsknota za samą możliwością bycia młodym.

Za tym odurzającym przekonaniem, że jedna rozmowa może zmienić całe życie.

Że miłość nie jest contentem.

Jest przerwaniem wszystkiego.

I właśnie to ten film rozumie tak pięknie.

Jego realizm nie jest cyniczny, co dziś zdarza się zaskakująco rzadko.

Pamięta, że zwyczajni ludzie są już wystarczająco pełni sprzeczności.

Nie trzeba ich jeszcze na siłę robić bardziej dziwnymi, bardziej cool ani bardziej połamanymi.

Ronduda i Koschmieder ufają swoim bohaterom na tyle, że pozwalają im być niespójnymi, zagubionymi, hojnymi i egoistycznymi.



Czasem wszystko to jeszcze przed obiadem.

Kiedy zapaliły się światła na sali, poczułem coś, co ostatnio zdarza mi się zaskakująco rzadko.

Miałem ochotę rozmawiać.

Nie networkować.

Nie optymalizować.

Nie sprawdzać telefonu.

Po prostu...

pogadać.

I chyba to jest największy komplement, jaki mogę dać Powiedz mi, co czujesz.

Po seansie nie ma się ochoty obejrzeć kolejnego filmu.

Ma się ochotę przeżyć jeszcze jedno życie.

Albo przynajmniej jeszcze jedną pierwszą randkę.

Najlepiej taką bez Wi-Fi.




Giulia Dobre

Eurocinema Subotica

Palic European Film Festival

Lipiec 2026

#jansalasinski

#polskiekino

#lukaszronduda

No comments:

Post a Comment